Blog > Komentarze do wpisu

Opowieść o Wajwaczu z Łęga

Nad żwirówką, z Chojnic do Starogardu przez wielki bór prowadzącą, ćwierć mili od Czarnej Wody w piaszczystej, naokół gęstym lasem uwieńczonej dolinie, leży znaczna wioska Łąg: tam był mój dobry ojciec przez lat 13 nauczycielem, tam też na cmentarzu pod stuletnią, mały kościołek zasłaniającą lipą, spoczywa snem wiecznym. Było to podobno 1829 roku, kiedy miłym słowem i ostrym batem młodych borowiaków przysposobiwszy, zaprowadził do kościoła na egzamin z katechizmu; był pomiędzy nimi niejaki Wiśniewski, chłopak do każdej psoty pierwszy, do nauki zaś ostatni.

 Skoro więc ksiądz Dobrodziej wstąpił, skoro okiem na nas rzucił i onego Wiśniewskiego ujrzał, zarumienił się jak piwonia i piorunującym głosem zawołał na niego: 

 

 „A hultaju, jak się nazywa czwarte przykazanie?” Ten niepewnym głosem odpowiada, że czcić ojca i matkę. Mój Boże, skoro to odpowiedział, aliści Dobrodziej w największym uniesieniu pięścią mu nieraz grożąc, poczyna nam opowiadać, jak ten łotr wczorajszego wieczora uczcił ojca swego. Ten bowiem wedle zwyczaju swego poszedł był do karczmy, zostawiwszy żonę i dwóch synów w domu. Na gorzkie żale matki wyszedł był nasz Wiśniewski niby, aby to ojca zwołać do domu; rzeczywiście zaś wziął topór i przed karczmą się ukrył. A że karczma prawie nad szosą leżała, trzeba było, wstępując koniecznie po wąskiej desce przebyć głęboki, wodą i różnym kałem napełniony rów szosowy. Tę tedy deskę syneczek toporem mocno podrąbał, a sprawiwszy to, poszedł ojca wołać, spodziewając się, że łapka nań zastawiona zbawiennym strachem go napełni. Ale cóż się stało? On ojca woła, a tu jakiś uczciwy podróżny – cap w rów, że go ledwie uratowano i wydobyto. Widząc to nasz Wiśniewski, że go nadzieja omyliła, wrócił do matki i po długim dumaniu rzecze: szkoda, szkoda tego człowieka!

Oto czytelniku poznałeś mego Wiśniewskiego przy pierwszej spowiedzi, czytaj, a poznasz go lepiej.

Rok potem pożegnał się stary Wiśniewski z tym światem, starszy syn objął gospodarstwo, a nasz hultaj, licząc lat 16, miał mu dopomagać. Właśnie zabrakło księdzu Dobrodziejowi kartofli; dowiadywał się zatem, kto by takowe miał na sprzedaż. Udaje się tedy nasz Wiśniewski do niego i opowiada, że wedle ugody pomiędzy nim i bratem uczynionej, dostało mu się 40 korcy kartofli, które tam a tam wedle zwyczaju borowiaków leżą zakopane, te ofiaruje Dobrodziejaszkowi za 5 talarów. Ugodzono się bez namysłu. Wiśniewski wziął pieniądze i poszedł gdzieś w świat, jak lis, co kurczę udusił. Dobrodziej bowiem, gdy nazajutrz po kartofle zajechał, nieźle się przeląkł, dowiedziawszy się, że na wskazanym miejscu zamiast kartofli tylko piasek i kamienie. Stracił pieniądze, a co gorsza, stał się na długi czas celem nieznośnych mu ubolewań starszych i pustych uwag młodzieży.

Lecz wróćmy do naszego hultaja. Przemarnowawszy pieniądze z podobnymi sobie próżniakami, wrócił do brata: jak go tam przywitano, czym i jakie kazanie mu kazał wygotować ksiądz Dobrodziej, jakie święte czynił obietnice poprawy biedny, skruszony Jaś, łatwo sobie wystawić można. I przyznać należy, że co przyrzekł w boleści, wiernie zachował przez 8 tygodni. Właśnie bowiem tedy borowiacy nie bez znacznej korzyści poczęli po borach kopać za bursztynem, więc i nasz Wiśniewski wziął rydel i chciwie piasek przewracał, aby się prędko dokopać tysięcy. Na miejsca, gdzie wielu innych darmo pot wylewało, dokopał się znacznej sztuki bursztynu, wielkości gęsiego jaja: rzucił rydel i jak kobus, co długo pościł, wlecze w szponach uchwyconego gołębia do najgłębszej gęstwiny, aby go tam sam jeden pożreć, tak i Wiśniewski niesie skarb swój już nie w dom brata swego, ale tam go gdzieś w ukryciu zachował, aby nawet słońce nań nie patrzało. W krótkim czasie przebiegła pogłoska całą okolicę, mnóstwo Żydów się zbiegało, aby kupić tak znaczną sztukę. Po długiem wahaniu zdecydował się na ostatku Wiśniewski: „znam was – rzekł do Żydów – głupi wam tylko ufa, pójdę ja do Chojnic, tam dam na wadze rzetelnej zważyć i ocenić mój bursztyn, wtedy dopiero go sprzedam. Żydzi, nie chcąc z rąk puszczać zdobyczy, poczęli mu perswadować, że pojedziemy z tobą, siadaj z nami, droga nic cię kosztować nie będzie, byłeś tylko nam sprzedał bursztyn – co inni dadzą, to i my damy. Przystał na to Wiśniewski, wydobył skarb z ukrycia, w małej skrzyneczce pilnie zamknięty, powrózkami szczelnie opasany; siedli, jadą, skrzyneczka jako bożek w pośrodku. Przybyli do Czerska, mieściny „noclegiem Janusza w Czersku” znanej, wstąpiono do gospody, częstowano hultaja, skrzyneczka jakoby jakie relikwie święte na stole. Dopiero przypomina sobie Wiśniewski, że buty jego podarte, a czapka wytarta, że jadąc do miasta, trzeba by się koniecznie lepiej ubrać, ale skąd wziąć pieniędzy? Żydzi, spojrzawszy na siebie, dali mu, niby to zadatek na bursztyn, 6 talarów: poszedł, aby co prędzej ubrać się porządniej. Czekają Żydzi godzinę, czekają i drugą, czekają aż do wieczora, dopiero rwetes i trwoga. – Przywołano wójta, ostrożnie skrzyneczkę otworzono – ach mój Boże! Któż opisze gwar i krzyk Żydów, gdy zamiast bursztynu wydobyto sęk w łatę starannie zawiniony! Dochodzić lisa zbiegłego rzecz daremna, a zatem nic nie pozostało żydostwu, jak tylko zamiast bursztynu zabrać z sobą szydercze głosy licznie zgromadzonych borowiaków.

Czytając to, nie wątpię, żeś i ty czytelniku się uśmiechnął nad filutem zgrabnym, ale ujrzysz go wnet posuwającego się od pustych psotek do ciężkich zbrodni. Wróciwszy do brata za naleganiem jego, aby o przyszłym życia sposobie pomyślał, obrał sobie stan krawiecki i do niejakiego w pobliskiej wiosce Będźmierowicach osiadłego niemieckiego krawca Lemana wstąpił za ucznia. Pół roku pracował pilnie i zgrabnie i wnet zjednał sobie całe zaufanie majstra. Pewnej niedzieli przybyli do Łęga do kościoła; po ukończonym nabożeństwie wstąpili obaj do gospody na piwo; wtem niesie jakieś babsko mendel kurzych jaj panu Lemanowi, prosząc go, aby o pozostały dług miał jeszcze cierpliwość. Przyjął Niemiec ochotnie, a podpiwszy sobie, rzecze: „gdyby była słonina, kazałbym upiec te jaja, toby nas posiliło”. „Majstrze – rzecze nasz Wiśniewski – w kominie mego brata wisi doskonały połeć, pójdę i urżnę kawał”. Chciwy krawiec, śmiejąc się, nie sprzeciwiał się bynajmniej, siedzi i czeka słoniny. Nie mogąc się zaś doczekać, gdy się noc zbliżała, wrócił z jajami do domu, pytając się żony, gdzieby przebywał Wiśniewski. Ach bałamucie – odpowiada – sameś go tu po południu przysłał, aby płaszcz i nowy ubiór odniósł panu nadleśniczemu, a teraz się pytasz o niego?” – Zdrętwiał Niemiec, jakby piorunem rażony, skoczył do skrzynki, gdzie był schował kosztowny ubiór pana nadleśniczego, skrzynia próżna! Dopiero za pomocą sąsiadów w pogoń za zbiegiem, pytano, szukano, goniono, aż go w rzeczy samej na prostej drodze do Gdańska prowadzącej, 3 mile za Łęgiem zdybano. Odebrawszy mu skradzione rzeczy, tak go okrutnie skatowali, że jako nieżywego na drodze zostawili. Taką zapłatę wziął ten raz za obiecaną słoninę.

Ocknąwszy, udał się prosto do Gdańska, przyjął służbę wojskową i przez nieomal półtora roku dobrze się sprawował. Że tego nie czynił w szczerej intencji poprawy, ale raczej, aby przy łasce swych przełożonych tym bezpieczniej gotować się do roli, którą odgrywać zamyślał, zaraz usłyszymy. Zabrawszy bowiem w Gdańsku znajomość z sobie podobnymi sześciu łotrami, którzy się z więzienia byli wyłamali, uszedł z nimi niespodzianie z miasta, przyjął imię Wajwacza i w nizinach pomiędzy Tczewem, Gdańskiem i Malborkiem, jako herszt tej bandy, srogie rozpoczął rabunki, skradając się nocną porą do mieszkań zamożnych Holendrów, pieniądze, rzeczy, później nawet konie zabierając. Wnet zwróciła policja swą uwagę na te rabunki; wysłano żandarmów, wszelkich środków używano, aby człowieka tak niebezpiecznego uchwycić, ale ten lis, wszystkimi psami szczwany, potrafił uchodzić wszystkim nań stawianym zasadzkom. Listy gończe tak go opisywały: „Wiśniewski alias Wajwacz, liczy lat 21, figura przystojna, włos ciemny, oczy koloru niebieskiego, twarz śniada, przybrany jest w ciemny kaftan, barankami obsadzony, spodnie płócienne, na głowie niebieska rogatka, białym barankiem ubarwiona”. Lubo nie udało się schwycić łotra, podwójna wszelako czynność to sprawiła, że ustały napady, i już się spodziewano, że zginął gdzie nieznanym sposobem, kiedy niespodzianie znów się ukazał.

Brat jego mieszkał w Łęgu za wsią na tak zwanym wybudowaniu, a żandarmi często i gęsto do niego przybywali, dopytując się o brata, którego sprawki mu opowiadali. Stał sobie właśnie pewnego wieczora przed drzwiami swej chatki, aliści zajeżdża piękną bryczką o parze tęgich koni w zielony strój przybrany, zbiegły braciszek jego i wita go tak śmiele, jakoby się nigdy nic nie było stało. „Ale mój Boże! Co ty wyrabiasz?” rzecze do niego, „dopiero tu byli żandarmi, którzy cię szukali”. „Nie troszcz się mój bracie”, odpowiada, „ani się na mnie nie gniewaj; dałem się złemu pokusić, ale złapano mnie, pół roku w więzieniu trzymano i codziennie tak okrutnie bito, że porzuciłem krzywe drogi i do Boga całym sercem się nawróciłem; przyjął mnie ksiądz proboszcz w Czersku za swego stangreta i oto właśnie jadę po niego do Brus, gdzie teraz bawi; więc się też teraz nie lękam żandarmów, bom uczciwie zasłużoną karę wycierpiał”.

Ucieszony tym brat jego pochwalił przedsięwzięcie, przyjął go czym mógł, potem się pożegnali. Ten zaciął konie i już nie do Brus, ale w najgłębsze bory prosto do Śliwic się udał. Przybył tam około godziny dziesiątej w wieczór, wstąpił do domu gościnnego, zostawiwszy konie niewyprzężone przed domem i o szklankę piwa prosi. Nie uszło kwadransu, aż tu go z przytomnych jeden poznaje, innym to opowiada i do prędkiego przytrzymania złoczyńcy namawia. Nie uszło to bystrego oka Wiśniewskiego. „Dajcie tam sobie pokój”, rzecze do nich, „co było, to minęło; com zgrzeszył, to wiecie, ale com pokutował, tego nie wiecie” i począł im opowiadać, jak go przez pół roku w więzieniu katowano, głodem morzono, ciężką pracą obarczano, jak się później do Boga nawrócił i w służbę do księdza proboszcza w Czersku wstąpił, „któregom właśnie tu do waszego księdza Dobrodzieja przywiózł, jak się sami przekonać możecie, ale że tam goście, mam tu przenocować”. Opowiadając to, zapłakał nawet gorzko, a poczęstowawszy hojnie i innych opowiadaniem wycierpianych katuszy do płaczu pobudził. Wyszedł tedy na moment, aby konie opatrzeć, ale skoro dopadł bryczki, co żywo ruszył dalej. Dopiero powstał krzyk, że zdrada! Dopiero na konie, dopiero za nim w bory, a że tętent bryczki w późnej nocy daleko się odbijał, wnet go zewsząd obskoczono. Stanął Wiśniewski i silnym głosem tak zawołał: „kto się zbliży do mnie, kto natychmiast prędko nie wróci do domu swego, temu w łeb wypalę”. I w rzeczy samej potrójny wystrzał na wszystkie strony tak przeraził borowiaków, że co tchu do domu ruszyli.

Może w rok schwytano Wiśniewskiego i osadzono w więzieniu, gdzie w ciężkich cierpieniach zakończył życie.

 

Z opowiadań D. O.



sobota, 13 grudnia 2014, zbyneks1

Polecane wpisy

  • "Teatralny Łąg"

    Wszedłem do naszego Ośrodka Kultury i natrafiłem na spektakl młodzieżowej, czerskiej Grupy M która prezentowała młodym widzom spektakl zatytułowany „Wielk

  • Teodora Kropidłowska

    Dziś parę słów o całkowicie zapomnianej ,u nas ,postaci o znanym i dziś w Łęgu nazwisku: Teodora Kropidłowska urodziła się w Łęgu dnia 28 lutego 1879 roku jako

  • Śp. Ks. Jan Ziemkowski (1874-1934)

    Ks. Jan Ziemkowski urodził się 27 lipca 1874 roku w Kurzętniku powiecie lubawskim w rdzinie mistrza szewskiego Franciszka i Wiktorii z Romanowskich. Po wczesnej